Prąd czystszy dziesięciokrotnie: model fiński zamiast niemieckiego

W 2020 roku każda kilowatogodzina z polskiej sieci oznaczała 710 gramów CO2 — we Francji 60, w Finlandii 64. Razem w stanowisku ws. PEP2040 postawiło sprawę jasno: Polska wybiera między modelem niemieckim, gdzie wiatr i słońce ubezpiecza importowany gaz, a fińskim, gdzie robi to atom. Różnica w emisjach jest niemal dziesięciokrotna.

Bloki 1 i 2 fińskiej elektrowni jądrowej Olkiluoto widziane znad wody Zatoki Botnickiej.

Każda kilowatogodzina pobrana z polskiego gniazdka oznaczała w 2020 roku emisję 710 gramów dwutlenku węgla. We Francji ta sama kilowatogodzina kosztowała klimat 60 gramów, w Finlandii 64, w Niemczech ponad 310. Razem zestawiło te cztery liczby w stanowisku w sprawie Polityki Energetycznej Polski do 2040 roku i wyciągnęło z nich wniosek, który do dziś organizuje energetyczny program partii: skoro odnawialne źródła zależą od pogody, ktoś musi je ubezpieczać — i cała stawka polega na tym, czy będzie to spalanie importowanego metanu, jak w Niemczech, czy elektrownie jądrowe, jak w Finlandii i Francji. Prąd w wariancie fińskim wychodzi czystszy niemal dziesięciokrotnie.

Trzy kraje, trzy liczby — i co się zmieniło od 2020

Porównanie z kanonicznego stanowiska Razem opisuje rok 2020, więc uczciwość wymaga sprawdzenia, jak te liczby wyglądają dziś. Polska emisyjność spadła — węgiel powoli ustępuje miejsca odnawialnym źródłom — ale dystans do krajów z atomem w podstawie systemu pozostaje przepaścią.

Dane. Za 2020 rok, według stanowiska Razem ws. PEP2040: Polska 710 gCO2/kWh, Niemcy ponad 310, Finlandia 64, Francja 60. Stan bieżący według danych Ember publikowanych przez Our World in Data: Polska ok. 589 gCO2/kWh (2025), Francja ok. 40, Szwecja ok. 35. Według wskaźnika Europejskiej Agencji Środowiska polska elektroenergetyka pozostaje w ścisłej czołówce najbardziej emisyjnych w Unii. Francja wytwarza z atomu większość swojego prądu — 71,67% produkcji w 2018 roku.

Spadek z 710 do około 589 gramów to postęp, tylko że tempo jest żałośnie wolne wobec skali zadania. Kanon Razem szacuje, że w 2050 roku zapotrzebowanie na energię elektryczną wyniesie około 300 TWh rocznie — elektryfikacja transportu, ciepłownictwa i przemysłu dołoży swoje. Ten prąd trzeba będzie skądś wziąć, a jednocześnie do 2050 roku osiągnąć zerowy bilans emisji. Francja i Szwecja pokazują, że da się schodzić poniżej 50 gramów na kilowatogodzinę. Żaden duży kraj nie zrobił tego bez atomu albo wyjątkowo hojnej geografii pełnej rzek i zbiorników.

Dlaczego gaz nie domyka transformacji

Wiatr i słońce mają jedną wadę, o której inwestorskie prezentacje mówią niechętnie: bywają nieobecne w pracy. System musi wtedy sięgnąć po źródło sterowalne. W modelu niemieckim tę rolę gra metan — elektrownie gazowe szybko się uruchamiają i szybko odstawiają, więc świetnie „łatają" pogodowe dziury. Kanon Razem nazywa tę ścieżkę wprost pułapką „fossil-fuel lock-in": wycieki metanu przy wydobyciu i transporcie sprawiają, że elektrownie gazowe są dla klimatu równie szkodliwe co węglowe, bo metan przez pierwsze dwie dekady po emisji działa 84 razy silniej od dwutlenku węgla. Do tego dochodzi geopolityka: inwazja Rosji na Ukrainę pokazała, czym kończy się uzależnienie od importu paliw.

Jakub Wiech, ekspert ds. energetyki i autor książki „Energiewende. Nowe niemieckie imperium" (Defence24, 2019), pisał o niemieckiej transformacji, że „jest w rzeczywistości antyklimatyczna", i ostrzegał: „Niemcy chcą nie tylko pozbyć się własnych elektrowni jądrowych, ale też zablokować powstawanie podobnych jednostek w całej Europie". Pięć lat później, już jako redaktor naczelny portalu Energetyka24, podsumował pierwszy niemiecki rok po wyłączeniu ostatnich reaktorów: „W 2023 roku Niemcy były importerem energii elektrycznej netto" — sprowadziły około 69 TWh, z czego mniej więcej jedna czwarta pochodziła z energetyki jądrowej, głównie francuskiej. Kraj, który zamknął własne elektrownie jądrowe, dopina system cudzymi.

Finlandia poszła w drugą stronę i warto o niej mówić bez lukru. Blok Olkiluoto 3 — największy reaktor w Europie — wszedł do regularnej pracy w 2023 roku po kilkunastu latach opóźnień, a jego koszt urósł do około 11 miliardów euro, mniej więcej czterokrotności pierwotnego planu. Budowa pierwszych bloków po długiej przerwie bywa bolesna; przemilczanie tego podważałoby resztę argumentacji. Sęk w tym, że gotowy reaktor pracuje potem dekadami, a fińska kilowatogodzina należała już w 2020 roku do najczystszych w Europie — z pogodowymi OZE i atomem w jednym systemie. Polska, wybierając dziś model miksu, wybiera więc między jednorazowym bólem inwestycyjnym a trwałym uzależnieniem od importowanego paliwa kopalnego.

Co proponuje Razem

W Polsce staniemy przed wyborem między modelem OZE + sprowadzany zza granicy gaz ziemny (jak w Niemczech) lub OZE + atom (jak w Finlandii czy Francji). W 2020 średnioroczny poziom emisji w Niemczech przekraczał 310 gCO2/kWh podczas gdy we Francji wynosił zaledwie 60 gCO2/kWh — prawie dziesięciokrotna różnica, a w Finlandii 64 gCO2/kWh — pięciokrotnie mniej. Dla porównania, dla Polski poziom emisji wynosił 710 gCO2/kWh, więc jak widać, długa droga przed nami zanim osiągniemy poziom Francji i Finlandii.— Partia Razem — stanowisko ws. PEP2040 (2023), partiarazem.pl

Dla porządku: niemal dziesięciokrotna różnica z tytułu tego tekstu dotyczy relacji Polska–Francja i Polska–Finlandia (710 wobec 60–64 g), a Niemcy — mimo rozbudowanych OZE — mają wynik około pięciokrotnie gorszy od Francji.

  • Co najmniej 8 bloków jądrowych o łącznej mocy minimum 12 GWDeklaracja programowa 2025 mówi o oparciu systemu na dużych elektrowniach jądrowych i OZE. To postulat wyraźnie ambitniejszy od rządowego Programu polskiej energetyki jądrowej, zakładającego dwie elektrownie o mocy 6–9 GW.
  • OZE rozwijane równolegle z atomem — wiatr na lądzie i morzu oraz fotowoltaika, budowane przy akceptacji lokalnych społeczności i z korzyścią dla lokalnych budżetów, m.in. przez wspólnoty energetyczne na poziomie gmin i powiatów.
  • Ograniczenie wzrostu zużycia gazu ziemnego w energetyce — metan jako rezerwa systemu utrwala zależność od importu i realnie nie obniża emisji.
  • Zerowy bilans emisji gazów cieplarnianych do 2050 roku — bo, jak przypomina kanon, fizyka jest bezlitosna.

Adrian Zandberg, lider Razem, ujął tę różnicę ambicji krótko w wypowiedzi dla PAP w Toruniu w lutym 2025 roku: „My potrzebujemy w Polsce nie jednej symbolicznej elektrowni jądrowej, ale przynajmniej ośmiu bloków". Skąd bierze się ta liczba, ile mocy węglowej trzeba będzie wymienić do 2030 roku i jak postulat Razem ma się do harmonogramu rządu — rozkładamy w osobnym tekście: 8 bloków jądrowych, 12 gigawatów. Osobna sprawa to pokusa pójścia na skróty przez małe reaktory modułowe — kanon Razem traktuje je jako uzupełnienie drugiej fazy programu, nie jego fundament, o czym piszemy w tekście o SMR-ach bez złudzeń.

Model fiński ma przy tym dwie nogi i obie muszą być zdrowe. Wiech, komentując w 2026 roku polskie i niemieckie wybory energetyczne, zastrzegał, że „nie wolno wpadać w odwrotną skrajność, tj. rozwijać atomu kosztem źródeł odnawialnych" — i to akurat współgra z linią Razem, w której odblokowanie energetyki wiatrowej idzie w parze z budową bloków jądrowych. Jak uwolnić wiatr na lądzie i podwoić jego moce, opisujemy tutaj: wiatr na lądzie można podwoić. Stawką jest na końcu nie tylko klimat, ale i koszty produkcji — o tym, dlaczego tania energia to fundament konkurencyjności przemysłu, piszemy w siostrzanym serwisie o gospodarce.

Źródła i dalsza lektura